Uwielbiam robić zdjęcia- choć jestem zupełnym amatorem w tej materii. Mój zapał do nauki fotografowania jest natomiast delikatnie mówiąc słomiany. Nie zmienia to faktu, że najchętniej uwieczniałabym każdą ważną sytuację w naszym życiu. A taką sytuacją jest oczywiście pojawienie się na świecie naszej córki. Dzisiaj przejrzałam zdjęcia, które zrobiliśmy Zośce od momentu jej urodzenia. Jest ich ponad trzysta. Z tego wybrałam około 70-ciu i zaniosłam do wywołania. Jutro o piętnastej idziemy je odebrać. I wiecie co? To bardzo miłe uczucie czekać na zdjęcia od fotografa- zapomniałam już jak to jest.. I mimo, że w erze cyfrówek zniknęła gdzieś niespodzianka jaką dawały aparaty analogowe, to jednak jestem podekscytowana perspektywą jutra.
Znacie radość z układania zdjęć w albumie? A może przechowujecie zdjęcia tylko na dysku komputera?
Ja mam tryliony niewywołanych, zapomnianych zdjęć w swoim laptopie, jednak w przypadku Zosi nie chciałam powtarzać tego błędu. W niedzielę odwiedziła nas znajoma fotografka Julita. Zostawiam nas z chwilami, które dla nas uchwyciła...
