Czy na pewno? Jak wiecie moja córka przyszła na świat metodą cesarskiego cięcia. Przyczyną takiego rozwiązania jest duża krótkowzroczność i odwarstwianie się siatkówki na które jestem narażona nawet przy średnim wysiłku fizycznym- to natomiast prowadzić może do ślepoty. W swoim otoczeniu mam jednak kobiety, które zdecydowały się na taką formę porodu na własne życzenie a wręcz żądanie. O ile wcześniej nie miałam zdania na ten temat to dziś mogę powiedzieć, że TO OGROMNA GŁUPOTA płacić lekarzowi za załatwienie "cesarki". Dlaczego? Bo będąc w szpitalu widziałam, że dochodzenie do siebie po tej operacji może naprawdę wyglądać różnie- także tragicznie. Ja bardzo szybko uporałam się z bólem pooperacyjnym i czuję się już dobrze ale dziewczyny naprawdę zastanówcie się czy warto się ciąć ze strachu przed porodem...
Ale od początku.. Chcę wam dzisiaj opowiedzieć jak wyglądał dzień urodzin Zosi.
Noc poprzedzająca to wydarzenie była najdłuższą w moim życiu. Może dlatego, że spędziłam ją w szpitalu? Zabieg miałam zaplanowany na godzinę jedenastą. Obudziłam się chyba o 6 rano i czekałam.. Chwilę po 6 przyszła położna i kazała przygotować się do lewatywy. Bałam się tego jak głupia a naprawdę nie było czego ;) Po wszystkim wykąpałam się i oczekiwałam dalej.
Ok. 9 przyjechał mąż. Ubrany odświętnie z rożkiem i pampersami dla małej. Pamiętam, że bardzo wzruszyłam się wtedy widząc go w błękitnej koszuli lekko poddenerwowanego.. Sama też czułam się jak przed maturą. Później przyszła pielęgniarka i założyła mi cewnik. Nie było to przyjemne... Pomyślałam sobie wtedy, że skoro włożenie tego cholerstwa tak boli, to jak musi boleć poród! Później okazało się, że założenie tego cewnika było najmniej bolesnym zabiegiem dnia ;) Nie naczekałam się długo bo zaraz potem przyszła informacja, że "zaczynamy szybciej" Tym sposobem z paniką w oczach pomachałam mężowi i na łóżku przewieziono mnie na salę operacyjną.
Tam zastałam bardzo dużo ludzi zajętych przygotowywaniem do operacji. Miły pan anestezjolog poinformował mnie, że znieczulenie będzie od pasa w dół. Ucieszyłam się na tą wieść. Stało to pod znakiem zapytania bo mam dość krzywy kręgosłup i powiedzieli mi, że jeśli wyniki krwi będą dobre to spróbują się wbić ale może tak być, że będę miała znieczulenie ogólne. Na szczęście wbił się bez problemu. Siedziałam okrakiem na łóżku pochylona w pasie, a nogi dygotały mi jak na konkursach recytatorskich w dzieciństwie. Jakaś kobieta trzymała mnie za rękę powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Później położyłam się na tym łóżku . Kolejne kłucie w rączkę i założenie wenflonu.. Zrobiło mi się słabo więc dostałam tlen do noska i zrobiło mi się tak świeżo.. ;) Miła pani dalej gładziła mnie po ręce zapytała ile mam lat , czym się zajmuję itp. Anestezjolog popryskał mi dekolt jakąś mgiełką i zapytał czy czuję zimne- czułam. Później popryskał mój brzuch- nie czułam już nic.. ;)
Mój lekarz powiedział, że będzie się przygotowywał , znowu sto pytań jak się czuję ile mam lat, jak się nazywam.. i wtem płacz Zosi. Zamarłam jak to już? Kiedy to? Wszyscy się uśmiechali , że zdrowa dziewczynka, że ładna, że 10 punktów. Wzruszenie odebrało mi głos.. Za chwilę przytulili mi ją do policzka a ja starałam się ogarnąć to wszystko w głowie... Jakaś kobieta pokazała mi różową bransoletkę z moim imieniem datą i godziną 10.10
Za chwilę mi ją zabrali, zapytałam czy wszystko okej. Powiedzieli, że idą do taty a ja muszę poczekać aż doktor mnie zszyje. Oj jak mi się to dłużyło.. Myślałam o tym, jak zareagował mąż, czy są już moi rodzice i chciałam być jak najszybciej z nimi.. Wszystko to trwało od momentu podania znieczulenia około godziny i nie sądziłam, że będzie to najlepsza godzina w moim życiu...
A teraz co rano mam taki widok przed oczyma i nie mogę uwierzyć, że nasza fasolka ma już prawie trzy tygodnie! :)
c.d.n
:)